poniedziałek, 30 marca 2020

,,Skrawek ziemi"- najważniejsze karty z dziejów Watykanu

Magdalena Wolińska- Riedi, Kobieta w Watykanie.

,,Skrawek ziemi" ( jak mawiał Pius XI) od zawsze wzbudzał zaciekawienie dziennikarzy, badaczy, reżyserów. Państwo Watykańskie bywało teatrem intryg, spisków, bezwzględnej walki o władzę.

Poznaj świat, do którego dostęp mają tylko nieliczni.

Autorka, obecnie korespondentka TVP, mieszkająca przez szesnaście lat w Watykanie, serwuje nam sporą porcję faktów historycznych. Pisze o doniosłej roli papieża, prześledzimy zawiłości protokołu dyplomatycznego, systemu edukacyjnego. Dowiemy się, jak wygląda wychowywanie latorośli. 


Podpisanie traktatów laterańskich ( 11 lipca 1929 r.) stanowiło przełom w historii tego najmniejszego kraju (powierzchnia 44 ha). Oficjalnie uznano Państwo Watykańskie za niepodległe i niezależne (niepodważalność statusu osób tam zamieszkałych).

Początki Gwardii Szwajcarskiej (najstarszej formacji) sięgają XVI wieku. W tym samym czasie ówczesny papież Juliusz II zgłaszał pretensje do dawnych terytoriów. Miał apetyt na Bolonię, drugie pod względem wielkości miasto (obok Rzymu), utracone w wyniku różnych wydarzeń. 

Watykan to nie tylko siedziba najwyższych władz Kościoła katolickiego, to również miejsce życia blisko czterystu obywateli, z czego stu świeckich, których sąsiadem jest sam papież.

W 1548 roku za sprawą papieża Pawła III, Gwardia została reaktywowana. I  znów w 1798 roku  wystąpiła przerwa w  funkcjonowaniu  tejże formacji. Ponowne wznowienie działalności nastąpiło w 1801 roku, dzięki papieżowi Piusowi VII. Siedem lat później kolejny raz rozwiązano tę straż przyboczną, a następnie reaktywowano ją w 1814 roku.
Tylko żołnierze pochodzący zw Szwajcarii gwarantowali papieżowi bezpieczeństwo (męstwo, odwaga, nowoczesne metody walki).

Magdalena Wolińska- Riedi w pasjonujący i barwny sposób opisuje reguły życia za bramą watykańską. Porządkuje kluczowe wiadomości dotyczące tego zakątka świata. Podaje zasady przyznawania obywatelstwa, paszportów.

Otrzymujemy skondensowane informacje na temat życia codziennego za Spiżową Bramą: zakupy, obyczaje, zwyczaje religijne, sądownictwo, unieważnianie związków małżeńskich, odpowiedzialność karna. Dziennikarka wspomina o rygorystycznej ochronie:

(...) Bo nie ma wątpliwości, że Watykan to jeden z najbezpieczniejszych i najpilniej strzeżonych skrawków naszego globu*.

Kobieta w Watykanie to bardzo przyjemna publikacja. Stanowi wspaniałą wędrówkę po tym kraju, w doborowym towarzystwie. Walorem jest również estetyczna szata graficzna, przystępny język.

Czytajcie!

* Cytat pochodzi z książki, s. 29.

niedziela, 8 marca 2020

Jedwabne raz jeszcze. Nowa wersja, rozszerzona

Dziś omówię książkę Anny Bikont, My z Jedwabnego. Ze względu na ograniczenia dotyczące objętości, postaram się  ściśle ująć kwestie, które wcześniej pominęłam.


Pogrom w Jedwabnem jest przedmiotem wielu sporów, polemik, dyskusji, także politycznych. Po jednej stronie prawicowi publicyści, politycy nieakceptujący zafałszowanej wersji wydarzeń. Z drugiej dziennikarze nurtu liberalnego. Od profesora Tomasza Strzembosza, przez doktora Piotra Gontarczyka do Jana T. Grossa, Barbary Engelking, Jana Grabowskiego. Od prawa do lewa. Wszyscy chcą udowodnić, że mają rację. Anna Bikont wpisuje się w tę drugą opcję.

Tytuł tych rozważań wskazuje, iż autorka próbuje solidaryzować się z mieszkańcami tej miejscowości. Lecz tak nie jest, o czym się wkrótce przekonamy. Dzieje Jedwabnego nie są łatwe.

Miasteczko położone jest w województwie podlaskim, naznaczone piętnem historii (podobnie jak wiele innych). Pierwszy raz nazwa tej miejscowości pojawia się w 1455 roku, jej powstanie było tożsame z polityką osadniczą księcia mazowieckiego Janusza I Starszego. Wcześniej, bo w 1417 roku z inicjatywy Jana Bylicy powstał pierwszy, drewniany kościół.

Wiek XVIII przyniósł zawirowania. W 1795 roku Jedwabne znajdowało się pod ''butem" pruskim, czyli zaborem. W 1807 roku już w granicach Księstwa Warszawskiego, a od 1815 roku Królestwa Polskiego. 1866 rok- utrata praw miejskich.

W 1939 roku w miejscowości nastały rządy niemieckie. Natomiast 27 września tego samego roku Armia  Czerwona ujarzmiła i podporządkowała sobie mieszkańców (działalność polskich organizacji podziemnych, rozbito oddział partyzancki w Kobielne). 22 czerwca 1941 roku karta historii znów się odwróciła: Niemcy zajęli  Jedwabne. Oddziały likwidacyjne, tzw. Einsatzgruppen dokonywały masowych mordów na obszarach przyłączonych do ZSRR po 17 września 1939 roku.

Machina propagandy ruszyła i nie sposób było ją zatrzymać. Wytaczano najcięższe działa, np. o współpracy Żydów z Sowietami.
Słynna deklaracja Reinharda Heydricha z 26 czerwca 1941 roku głosiła prowadzenie działań militarnych na terenach Związku Radzieckiego. Było jeszcze coś: zachęcała i podjudzała do szykan, pogromów.

W tym samym czasie niechęć do Żydów  i tak już osiągnęła apogeum. W licznych i dostępnych syntezach przeczytać możemy, że np. w rejonie łomżyńskim występowała silna nienawiść Polaków do tej nacji. Tutaj  czynnikami decydującymi były względy ekonomiczne.

Reżim sowiecki wpłynął na opisywane wydarzenia, także w innych miastach. Wprawdzie należy dodać, iż mieszkańcy tamtych obszarów nie angażowali się w dręczenie Żydów, to jednak na swoim koncie mieli pewne ''osiągnięcia" i zapędy w tych sprawach.

Nie będę streszczać całego przebiegu wydarzeń, można zapoznać się z mądrymi  i rozważnymi opracowaniami. Dodam, że tuż po pogromie w Jedwabnem powstało getto dla tej ludności. Jesienią następnego roku zostało zlikwidowane. Żydów wywieziono do getta w Łomży.

Po wojnie podawano liczbę 1600 ofiar. Umieszczono ją też na pomniku ofiar w Jedwabnem. Szybko interes zwietrzył Jan T. Gross, dyskusyjny badacz, socjolog. Liczbę tę przytoczył w swoich wynurzeniach, pt. Sąsiedzi. Jego kłamstwa ujawnili historycy, np. dr Piotr Gontarczyk (w internecie jest dostępny film). Zarzuty są poważne i merytoryczne.

Instytut Pamięci Narodowej przyjął inne stanowisko. W 2001 roku po ekshumacji oceniono liczbę ofiar na 340.Skorygowano więc ''dane" socjologa, który upiera się, że zbrodni w Jedwabnem dokonali Polacy. I co gorsza, znajduje naśladowców i zwolenników (poniżając swój urząd i Polskę Aleksander Kwaśniewski przepraszający za Jedwabne. Szkoda, że nie wyraził skruchy wobec swoich ekscesów w Charkowie). Profesor Tomasz Strzembosz również metodycznie punktował wszystkie przeinaczenia, brednie autora Sąsiadów.

Mamy rok 2001, Lech Kaczyński jest wówczas ministrem sprawiedliwości. Kompromituje Jana T. Grossa, dowodząc, że ten konfabuluje i manipuluje. 
Przyszły prezydent podsumował, nie negując jednocześnie pogromu:
Była tutaj zbrodnia, i co do tego nie ma żadnych wątpliwości, i tego nie ma co ukrywać. Natomiast nie była to zbrodnia tej skali, którą nam się tutaj zarzuca. Chociaż oczywiście zbrodnia pozostaje zbrodnią, a była to zbrodnia straszliwa.
Jak widać, nie wszyscy zrozumieli słowa Lecha Kaczyńskiego, nic do nich nie dotarło.

Prokurator IPN w swoim dochodzeniu obrał trzy założenia, które miały zostać zweryfikowane podczas śledztwa. Hipoteza numer 1: za pogrom odpowiedzialność karną i moralną ponoszą Niemcy. Polacy nie uczestniczyli w tych wydarzeniach, bądź zostali zmuszeni do udziału przez grupę cywilów. Przypuszczenie numer 2: była to zbrodnia, której sprawcami byli wyłącznie Polacy. Założenie numer 3: działania Polaków  pobudzane przez Niemców. Mordercy czuli się bezkarni i rozzuchwaleni.

Przejdę już do książki dziennikarki ,,Gazety Wyborczej". Jest w tych dywagacjach dużo smutku, bólu, cierpienia, poczucia niesprawiedliwości i niezrozumienia. 

Homo homini lupus est. 

Anna Bikont rozmawia z tymi, którzy pamiętają tamte wydarzenia. Publicystka bywa nieprzychylna wobec rodaków, używa określeń pełnych pogardy: polscy sąsiedzi, chrześcijanie. Treść zawiera dużo półprawd, nonsensów, ksenofobicznych interpretacji. Tendencyjna, za wszelką cenę stara się udowodnić winę Polakom.

Źródła:

- Marek J. Chodakiewicz, Mord w Jedwabnem 10 lipca 1941. Prolog, przebieg, pokłosie, Kraków 2012.

-https://www.rmf24.pl/fakty/news-kaczynski-w-jedwabnem-zginelo-mniej-niz-1600-zydow,nId,144519






wtorek, 3 marca 2020

Zabójstwa polityczne

Patryk Pleskot, Zabić. Mordy polityczne PRL.

Historyk w swoich rozważaniach przypomina zabójstwa: Stanisława Pyjasa, Grzegorza Przemyka, ks. Jerzego Popiełuszki, Alicji i Piotra Jaroszewiczów oraz innych duchownych. Przekonuje nas o istnieniu grupy komando, która działała na zlecenie, eliminując niewygodne dla rządzących osoby. Przypuszcza się, że mogli to być więźniowie, którzy byli wypuszczani na weekend. Wtedy  miały miejsce zabójstwa księży: Niedzielaka, Suchowolca . Ponoć wśród nich miała znajdować się kobieta.


.Patryk Pleskot wymienia błędy, celowe zaniechania ówczesnego wymiaru sprawiedliwości. 

Stanisław Pyjas, student filozofii i filologii polskiej Uniwersytetu Jagiellońskiego. Uczestnik protestów przeciwko represjom władzy wobec robotników z Radomia, Ursusa. Okoliczności  jego śmierci wzbudzają wątpliwości. Wszystko wskazuje na to, że mężczyzna został pobity przez funkcjonariuszy SB, tzw. nieznanych sprawców.  Stwierdzono, iż był to nieszczęśliwy wypadek. Z tą wersją zdarzenia nie zgadzali się działacze opozycyjni, przy czym odrzucono celowe działania, raczej był to ''wypadek przy pracy". Profesor Zdzisław Marek, który nadzorował  sekcję zwłok, w rozmowie telefonicznej z dziennikarką (nie przypuszczał, że jest nagrywany) przyznaje: ktoś dał Pyjasowi w mordę, ale nie wiem kto*.

Było trzech kumpli: Pyjas, Wildstein i Maleszka.
Ten ostatni ponosi moralną odpowiedzialność za śmierć kolegi. Nikt nie wie, kim ów jest. Lesław Maleszka TW ,,Ketman'', TW ,,Return". Dostarcza bezpiece informacji na temat Pyjasa. W latach późniejszych publikował na łamach ,,Gazety Wyborczej".

Był to czas, kiedy ziściło się marzenie Stanisława Pyjasa i Bronisława Wildsteina o założeniu własnego periodyku. W 1976 roku Maleszka zostanie wytypowany na najlepszego- zdaniem bezpieki, współpracownika. 

Tajny Współpracownik wie dużo, sugeruje esbekom sposoby walki ze Studenckim Komitetem Solidarności. Dysponuje wiedzą operacyjną i metodą wpływu osobistego. Tak podkreśla w rozmowach z oficerem prowadzącym.
Kilka miesięcy później w Zalewie Solińskim odnaleziono ciało Stanisława Pietraszki, który jako ostatni widział żywego Stanisława Pyjasa. Mężczyzna sporządził portret pamięciowy domniemanego sprawcy, który chodził za studentem. Przyszło mu za to zapłacić. Przyjaciele twierdzili, że Pietraszko bał się wody...

Zabić. Mordy polityczne to pozycja godna uwagi. Patryk Pleskot już na wstępie przestrzega czytelników przed lekturą. Czytacie na własną odpowiedzialność. Dywagacje zostały podzielone na kilka rozdziałów, każdy z nich poświęcony jest innej osobie. Historyk wykonał tytaniczną pracę, starał się dotrzeć do źródeł.

Znów ten sam, smutny wniosek: zbrodnie, które nie zostały ukarane. Patologia i nieporadność wymiaru sprawiedliwości, władz w pełnej krasie. Zadbano, aby inspiratorzy i mordercy nigdy nie ponieśli kary.

* Cytat pochodzi z filmu Ewy Stankiewicz i Anny Ferens, Trzech kumpli.


niedziela, 1 marca 2020

Komu przeszkadzają zasługi Ireny Sendlerowej?

Anna Bikont, Sendlerowa w ukryciu.

Próba zmierzenia się z życiorysem heroicznej, walecznej i prawej kobiety.


Irena Sendlerowa z domu Krzyżanowska była córką lekarza i działacza Polskiej Partii Socjalistycznej. Matka zajmowała się gospodarstwem domowym. 
Już w czasie studiów wykazywała się odwagą i bezkompromisowością w obronie uciśnionych. Wspierała duchowo prześladowanych kolegów. Znany jest pewien incydent. Władze wyższych uczelni ograniczały liczbę studentów żydowskiego pochodzenia. W indeksach znajdowała się wzmianka: ,,lewa strona" dla Żydów, ,,prawa strona aryjska" dla Polaków. Irena niewiele myśląc, przekreśliła napis ,,strona aryjska" w swoim indeksie. Na studia powróciła później, w roku akademickim 1938/1939. Napisała pracę magisterską, ale nie zdążyła przystąpić do egzaminu, bo wybuchła II wojna światowa.

Podczas okupacji nadano jej pseudonim ,,Jolanta". Pełniła sporo różnych funkcji: przekazywała pieniądze potrzebującym profesorom UW, docierała do rodzin uwięzionych lub rozstrzelanych. Ponadto, bohaterka książki Anny Bikont dostarczała leki, środki sanitarne dla ukrywających się w lasach.

Irena Sendlerowa znalazła sposób na ominięcie przepisu o zakazie pomocy Żydom.

Fałszowała listy osób z polskich rodzin, którzy otrzymywali pomoc z Wydziału Opieki. Dzięki przepustce do getta, którą otrzymała wraz z koleżanką, wynosiła żywność, ubrania, lekarstwa, pieniądze oraz szczepionki przeciw tyfusowi. W geście solidarności (i też,aby się nie wyróżniać) miała na sobie gwiazdę Dawida.

Uratowane dzieci umieszczano w polskich rodzinach, zakonnych domach opiekuńczych. Pomoc przybierała rozmaite formy. Malutkie dzieciaczki usypiano luminalem, te nieco starsze również. Wywożono je w kartonach, workach, pudłach, drewnianych skrzynkach. Podrośnięte  załapały się na pierwszy ranny tramwaj, którym kierował zaufany motorniczy. Często też jedyną możliwość ucieczki stanowiły kanały, piwnice domów znajdujących się przy murach getta.

Kto ratuje jedno życie, ratuje cały świat.

Irena Sendlerowa nigdy nie zdradziła liczby uratowanych dzieci. Dodawała, że było ich za mało i można było ocalić więcej. Ta kobieta nie była obojętna na los innych.

Zacznę od tego, że Anna Bikont ukazując nam dramatyczne losy, historie pomocy Żydom, próbuje narzucić swoje zdanie. Mamy myśleć tak jak pani redaktor. Bywa stronnicza. Wydaje się, że celem pracy było ''odbrązowienie" Sprawiedliwej Wśród Narodów Świata, pokazanie jej od ludzkiej, zwykłej strony.

Wielu z tych, którzy ukrywali się w czasie wojny, ukrywało się nadal długo po jej zakończeniu. Opowiadali inną wersję życia swojemu mężowi, żonie, dzieciom, przyjaciołom*

Publicystka punktuje nieścisłości w wypowiedzi swojej bohaterki, jakby chciała udowodnić jej kłamstwa. Zdarza się, że przeskakuje z tematu na temat. Mam wrażenie, że Anna Bikont próbuje dezawuować  zasługi Sendlerowej.

Polecam.

* Cytat pochodzi z książki.

Nie taki diabeł straszny, jak go malują

Czyli rozważania o podręczniku do nauczania historii i teraźniejszości (przedmiot ten zastąpi wiedzę o społeczeństwie) pióra prof. Wojciecha...